Bo życie to czasem nieustanny „Dzień Świra”.

dzień świra

Rok 2002 obfitował w ciekawe wydarzenia. Wprowadzono strefę euro, w Polsce Małysz jadł bułkę z bananem, a kina wypuszczały same megahity filmowe, w tym oczywiście film Marka Koterskiego. Aż ciężko mi uwierzyć, że mimo ponad 15 lat na karku, Dzień Świra wciąż jest niezwykle aktualną produkcją i z każdym obejrzeniem doceniam ją coraz bardziej…

 

Osobiście nie jestem wielkim fanem polskiego przemysłu filmowego. Jest tam oczywiście całe mnóstwo perełek i wybitnych obrazów, ale jednak wiele z nich nie wywołuje u mnie efektu opadu szczęki, a prędzej niestety rąk. Do chlubnych wyjątków z pewnością należy jednak Dzień Świra, baz dwóch zdań, jeden z moich ulubionych rodzimych filmideł. Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego akurat ten, gdy zobaczyłem go za dzieciaka, to z początku nie miałem pojęcia o co w nim właściwie chodzi i po co, w ogóle oglądać coś tak nudnego. Dopiero po latach odkryłem w jak wielkiej ignorancji żyłem, nie chcąc poznać tak pouczającego dzieła.

Za co polubiłem ten film? No chociażby za genialne połączenie dramatu jednostki z komediowym przerysowaniem rzeczywistości. Co niektórym pseudo-krytykom nie mieści się w głowie, no bo to przecież DRAMAT! Tu nie ma komedii, ty ignorancki gimbusie! Otóż to nie do końca prawda, bo owszem, mamy tu dramatyzm i smutek, ale śmiech też się tu często trafia, nawet jeśli to śmiech przez łzy. Ciekawe czy przy scenie z „wyciągiem z fiuta” ci sami wielcy znawcy kina śmiechli, czy kontemplowali nad głębszym sensem tej arcypoważnej sceny.

Drugim powodem, za który uwielbiam ten kinowy klasyk to aktualność wszystkich metafor i diagnoz dotyczących polskiego społeczeństwa. Mimo skoku technologicznego i niezaprzeczalnego postępu, jaki się przez ten czas dokonał, to nadal żyje w naszym kraju mnóstwo świrów, bardzo podobnych do Adasia Miauczyńskiego. Właściwą analizę kilku z najbardziej aktualnych scen, zacznijmy od filmowego poranka…

Bo każdy dzień świra zaczyna się od poranka…

Któż z nas nie miał takiej pobudki, jak bohater opowieści, grany przez Kondrata. Pewnie każdy. Otwierasz oczy i zaczyna się kolejny nędzny dzień. Stres ogarnia nas, jak pomyślimy ile znów spraw spadnie na naszą głowę. Jedni myślą o pracy, inni, co by tu zrobić na obiad. Aż się odechciewa, tak jak Adasiowi. Nic tylko zakrzyknąć sakramentalne: o kurwa! Niby nie masz ochoty i nie widzisz celu wstawania, a tu albo sąsiedzi cię do tego zmotywują łomotem, albo zwierzak uderzający łapą, prosząc o jedzenie. I zaczyna się szara maniana codzienności. Wszyscy mamy własne rytuały, a nasz 49-letni inteligent, przez swoją nerwicę natręctw, musi je często powtarzać po 7 razy.

Wyłania się tutaj obraz niewolnika własnych przyzwyczajeń, świetnie zagranego, tak przy okazji. Płynnie przechodzimy przez wszystkie etapy poranka, od higieny po przygotowanie śniadania. Aż do pojawienia się sceny z wizualizacją (choć lepszą od Jakóbiaka) sejmowych obrad, która to idealnie odzwierciedla i dzisiejsze polityczne konflikty. No jakbym widział dokładnie co drugą „debatę” naszych panów osłów. A skutkiem awantur może być tylko jedno, co trafnie symbolizuje scena z flagą. Pierwsze potrzeby już mamy to teraz spokojnie do roboty, jednak i to nie jest dane naszemu bohaterowi. przez chociażby przeuroczych sąsiadów. Miłośnika Chopina z dołu, policjantki z góry i sąsiada, zwolennika teorii spisku skarpetkowego. Samo życie w bloku, i weź tu się do roboty z rana, przy tylu rozpraszaczach. Jakbym widział siebie każdego dnia.

Wypłata i zupa pomidorowa, czyli słów kilka o presji

Kultowa scena z wypłatą, to już z kolei ponadczasowy obraz osoby wybitnie nieszczęśliwej i niespełnionej w zawodzie. Ten pełen frustracji i gorzkich słów monolog Miauczyńskiego jest genialną metaforą skutków niepodążania za marzeniami, i utkwienia w robocie, której się nienawidzi. 49-latek obwinia siebie i innych za swe porażki, lecz mimo tego wciąż tkwi w tej szarej rzeczywistości, bez nadziei na zmiany.

Duża w tym zasługa postawy matki naszego protagonisty, o czym przekonujemy się w genialnej scenie z jedzeniem zupy. Pani Miauczyńska, to idealny przykład nadopiekuńczej matki, która zawsze wie wszystko lepiej i nigdy nie wysłuchuje słów syna. Z tego też powodu stłamszony presją matki, Adaś zamiast podejmować własne decyzje, podążał za jej oczekiwaniami. Co w rezultacie uczyniło go nieszczęśliwym. Uleganie presji otoczenia niejednego już uczyniło frustratem.

Demonstracja, PKP i smutny plażing

Idźmy dalej i zacznijmy od krótkiej, acz bardzo trafnej scenki z małą demonstracją. Przypadkowy przechodzień dobrze obrazuje biernego obywatela, który nie rozumie idei protestu oraz wbija szpilę w maszerujących z durnymi hasłami ludzi, którzy często sami nie wiedzą czego właściwie chcą.

Wątek w pociągu raczej słabo mnie dotyczy, bo ostatnio jechałem nim w dzieciństwie. Choć łatwo mi uwierzyć, że nawet dziś, można spotkać tam podobne indywidua, tak jak nasz inteligent. Zawsze z niekrytą przyjemnością oglądam te sceny. Kogo my tu nie spotykamy: toksyczne małżeństwo, jedzące zakonnice czy też kobiety trajkoczące niczym kury.

Gdziekolwiek by człowiek nie uciekał, tam spotka wariata i Adaś doskonałym tego przykładem. W pociągu hałas, a na plaży tylko gorzej, bo to chyba najsmutniejszy fragment filmu. Ciężko nie współczuć komuś tak nieszczęśliwemu, który nawet na wybrzeżu nie może się uwolnić od zgiełku egzystencji. Dołożyć do tego irytujący bełkot dziewczęcia w skórzanej kurtce, złośliwą mewę i mamy tragedię grecką.

…a kończy wieczorem

Wszystko się kiedyś kończy, nawet dzień świra i tak przychodzi wieczór. Dobra okazja by zobaczyć co tam w tele-pudle, a tu bez zmian, durne reklamy, straszenie chorobami, słowem – typowy 2017!? Sami przyznacie, że dzisiejsza telewizja prawie niczym nie różni się od tej filmowej groteski? Te wszystkie reklamy środków na upławy, hemoroidy w porze śniadaniowej czy tam innych suplementów, masowa ewakuacja szarych komórek gwarantowana.

Dzień się skończył, to czas na sen, ale nie zapomnijmy o modlitwie, jak na stereotypowego i prawdziwego Polaka przystało. Scena z modlitwą, to prawdopodobnie najlepsze, co oferuje ta zacna produkcja. Zawarta jest tam taka kwintesencja stereotypowej, cebulowej polskości, która nadal gdzieś tam w nas tkwi. Każde słowo tej modlitwy bezlitośnie obnaża zawiść, jaką kierują się czasami ludzie, by tylko dopiec bliźniemu. Ta scena kultowa będzie zawsze, tak jak i cały film. Kto nie widział, niech nadrabia, bardzo daje do myślenia i miejscami śmieszy.

Myślę, że głównym morałem filmu jest swego rodzaju ostrzeżenie kierowane dla widzów. Koterski zdaje się nam mówić: podążajcie za marzeniami, nie pod dyktando oczekiwań innych ludzi, nie bójcie się wyrażać własnych opinii, a zdaniem innych się tak nie przejmujcie. Bo możecie skończyć jako nieszczęśliwi frustraci i zmarnować życie na obwinianiu całego świata, za swoje porażki. A przecież życie mamy jedno, nie marnujmy go zostając świrem.

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.

  • Miewam takie dni świra prawie codziennie. A film naprawdę świetny. Chyba dzisiaj przy kolejnym dniu świra sobie obejrzę.

  • Kocham, kocham, kocham ten film i scenę z modlitwą <3