Do szkoły by się szło.

klasa szkolna

Wyjątkową cechą wakacji jest fakt, że kończą się one błyskawicznie. Ledwo co zaświeciło w czerwcu letnie słoneczko, a tu już zachodzi, rozpoczynając mój ulubiony wrzesień. Niestety, nie dla każdego 9 miesiąc roku, to czas szczęścia i radości, oj nie. Dla ludzi pracy i uczniów wrzesień to ten smutny moment, w którym kończy się laba, a zaczyna szara rzeczywistość…

 

Droga mojej edukacji była kręta i przypominała jazdę kolejką górską. Niby można się przez nią porzygać, ale jednak dreszczyk emocji i pozytywna energia dostarczona przez nią w pełni rekompensowało wszelkie niedogodności. Moje kształcenie zaczyna się w mrokach schyłku lat 90-tych, gdy pierwszy raz poszedłem do przedszkola…

Witaj szkółko ukochana

Był to rok 1997 i byłem wtedy jeszcze 5 letnim chudzielcem. Przyszedł czas na pójście do przedszkola i tak też się stało. Do dzisiaj pamiętam jak mi tam było okropnie, podłe żarcie, przymusowe leżakowania. Ale powiedzmy, że moja zodiakalna upartość barana silnie dała się we znaki paniom opiekunkom, więc odpłaciłem im piękne za nadobne. Wytrzymałem tam maks 3 dni i cytując Baśkę Kwarc: „spierdoliłem stamtąd bo mi te baby na seks działają i na urodę”. Kolejny rok był moim okresem zerówkowym i zbytnio nie narzekałem. Wiadomo, rysowanie ślaczków, bale przebierańców i inne zabawy. Źle nie było, a rok później, w 99 byłem już gotowy na pasowanie na ucznia podstawówki.

W wieku 7 lat poszedłem z optymizmem do SP nr 12 w Gnieźnie i szczerze mówiąc mam stamtąd same dobre wspomnienia. Ogromna w tym zasługa mojej wychowawczyni, która uczyła mnie w klasach I-III. Później, gdy przeszedłem do klasy integracyjnej, pani Ela też tam była, tyle że w roli nauczyciela wspomagającego i tak szczęśliwym trafem miałem tego samego wychowawcę przez całą podstawówkę. Wspaniała z niej była osoba oraz pedagog, dużo jej zawdzięczam. Bardzo lubiłem również lekcje historii, zawsze gdy tylko pani zaczynała swój wywód, to słuchałem z fascynacją i pasja do historii została ze mną do dziś. Pamiętam też lekcje polskiego, gdzie pierwszy raz ujawniły się moje ponadprzeciętne pisarskie umiejętności. Miałem dość wymagającą nauczycielkę od tego przedmiotu, i mnóstwo wyniosłem z jej lekcji, może nie ogromnej wiedzy, ale kto wie, może to dzięki niej piszę ten blog?

Gimbusem być

Lata mijały i w końcu wywiało mnie do gimnazjum. Moją gimbusiarską karierę spokojnie można uznać, za jeden z lepszych epizodów w życiu. Byłem już wtedy na wózku, więc kontynuowałem naukę w klasie integracyjnej. Z nauczycieli lubiłem tam praktycznie każdego, po za tym jednym rodzynkiem – panią od angielskiego. Niby zwykła starsza pani, a do uczenia, talentu za grosz. No bo sami przyznacie, że dziwne jest mieć same tróje w gimbie, a w liceum nagle dostawać piątki, czyż nie?

gimnazjum
Bo nawet ja byłem kiedyś gimbusem. Wrzesień 2005.

Najlepsze były jednak lekcje historii, z niejakim panem Michałem. Żebyście wiedzieli jak z niego był pozytywnie zakręcony człowiek, że aż mam uśmiech od ucha do ucha, jak o nim pomyśle. Każdą kartkówkę i sprawdzian zaczynał od podzielenia klasy na dwie grupy, a później używał swych legendarnych słów:

– Wyciągnijcie karteczki, imię, nazwisko, numer z dziennika, numer z dziennika w kółeczko, za ściąganie, podpowiadanie i strojenie głupich min ocena niżej, przy kolejnym razie, ocena niedostateczna.

– Zapiszcie: kim byli… (podawał postaci historyczne), wyjaśnij pojęcia…(podawał definicję), scharakteryzuj… (daty, wydarzenia historyczne) – i wtedy zaczynaliśmy pisać.

No z gościa był model, często charakterystycznie chrząkał, czasami większość lekcji opowiadał ciekawe historie i poczucie humoru trzymało się go zawsze. Mój brat kiedyś mi opowiadał, że kiedyś pod koniec jednej z lekcji pan Michał spytał się uczniów:

– Kto jest najlepszy z fizyki?

– Ja! – krzyknął jeden z nich.

– To zgaś światło. – I jak tu go było nie lubić? ;)

Nauka to potęgi klucz

Bardzo lubiłem biologię w gimnazjum, miła pani, ciekawe lekcje, sama przyjemność. Lekcji z polskiego więcej nie było, niż było i dużo z tego nie wyniosłem, ale z ocenami nie było źle, więc nie narzekałem. Od matematyki miałem bardzo sympatyczną nauczycielkę. Wymagającą, fakt, ale nauczyć potrafiła. W jednym z ostatnich lat dawała nam nawet kwartalne zbiory zadań. Bodajże z 30 zadań tam było, otwartych i zamkniętych, a później mieliśmy 3 miesiące na rozwiązanie. Nie znosiłem ich robić, były dość trudne i upierdliwe w robieniu, ale mimo to trzeba było sobie radzić. Znów miałem szczęście mieć wspaniałą wychowawczynię, zgraną klasę, z którą byłem i w Berlinie, no nie mogłem trafić na lepszych ludzi, było super.

liceum
Miałem szczęście do fajnych ludzi, także w liceum :)

Czasy licealne to z kolei okres, w którym mogłem w pełni rozwinąć skrzydła. Przez całe 9 lat siedzenia w szkolnej ławce byłem bardzo przeciętnym uczniem. Miewałem lepsze i gorsze oceny, ale częściej wpadały trójki. W liceum jednak, z niewiadomych mi przyczyn, nagle zacząłem miewać dobre oceny. Czwórki, piątki. Normalnie dostałem wiatru w żagle, a przecież sposób mojego uczenia się, nie zmienił się wcale. Zawsze powtarzałem materiał przed snem i tuż przed lekcją. Szczególnie z angielskiego szło mi fantastycznie, same piątki i nawet zdobyłem stypendium. Ja! Trójkowy gimbus.

Bo za rok już matura

Czułem się tam po prostu cudownie i ogromna w tym zasługa świetnej kadry nauczycielskiej. Lepiej trafić się nie dało. Później zostało już tylko zdać maturę. Zdawałem tylko podstawę, z pisemnych poszło prawie dobrze. Angielski totalnie rozgromiłem, 96 procent jak nic. Z ojczystego nieco gorzej, bo coś koło 70, o ile dobrze pamiętam. Przy pisemnych egzaminach prawie zero stresu miałem, ot, dłuższy sprawdzian. Strachem napawały mnie za to ustne. Bo musicie wiedzieć, że od dzieciństwa miałem problemy z jąkaniem się i nie zawsze nad tym panowałem. Na polski wybrałem temat Holocaustu i wszystko wykułem na blachę, ale poszedłem na żywioł i jednak nie było tak źle. Troszkę przycinek było, acz po paru minutach gadania się rozkręciłem i zdałem z niezłym wynikiem. Z anglika nawet lepiej, bo też powyżej 96%.

Niby maturę miałem w kieszeni, lecz los trochę ze mnie zadrwił i wynik pisemnego z matmy przekreślił moje szanse. Brakował mi jeden, jedyny punkcik. Wiem, że powinienem wtedy przygotować się do poprawki, ale jak wyobraziłem sobie znów bawić się w te ciągi czy silnie to dostawałem mdłości i sobie odpuściłem. Trochę może szkoda, ale mocno nie żałuję.

W szkole bywało na prawdę różnie, raz na wozie, raz pod wozem. Bywały momenty, że miałem dosyć tego wstawania, pakowania się do auta, przesadzania na wózek, ale szczerze mówiąc nie żałuję ani minuty spędzonej w szkolnych murach. Trochę brakuje mi tej codziennej rutyny i tej motywującej presji.

Czy nauka w szkole uczyniła mnie dobrze wykształconym i przygotowanym do dorosłego życia? Niespecjalnie, większość swojej wiedzy zdobyłem sam. Jednak czy była to tylko strata czasu? Absolutnie nie. Spotkałem tam mnóstwo sympatycznych osób, wspaniałych nauczycieli i uczestniczyłem w wielu niezapomnianych wycieczkach. Przede wszystkim zaś, pozwoliło mi to poczuć się takim jak wszyscy, a wózek choć na chwilę przestawał mieć znaczenie.

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.