Po proszę gumę-kulkę, czyli smaki dzieciństwa.

smaki dzieciństwa

– Mamoooo! Rzuć mi złotówkę! – brzmi znajomo? Jeśli mieszkaliście za dzieciaka w bloku, tak jak ja, to doskonale wiecie, że z kasą na smakołyki zawsze bywało cienko. Nasze mamy miały nieźle przerąbane przez te wydzwanianie domofonem i wołaniem o datki od swoich latorośli. Moja to już na pewno, ale słodycze zawsze były tego warte…

 

Nic tak nie cieszyło na blokowisku, jak brzęk monety spadającej z nieba na zawołanie. Mama to jednak najlepszy bank na świecie, skarbce zawsze pełne i te bezzwrotne raty, miodzio. Wystarczyło wykonać jeden domofon do rodzicielki i bum! Hajs na cukrowy prowiant ląduje u stóp. Miejscowa dilernia, czyli osiedlowy spożywczak był rajem dla każdego gówniaka z okolicy. Przybytek ten nazywaliśmy Marketem i było tam wszystko o czym mogliśmy z kumplami marzyć.

Moimi częstymi zakupami były takie pyszności, jak orenżadka w proszku, czekoladowe gwiazdki Milky Way, mleczko z tubki, soki w woreczku czy gumy Turbo. Zażerałem się nimi, aż mi się uszy trzęsły. Wisienką na tym torcie były z pewnością gumy-kulki. Co zakupy, to chociaż jedną kupić musiałem. Kosztowały tylko 10gr za sztukę, więc ze złotówką w kieszeni mogłem brać nawet po 10, no bo kto bogatemu zabroni?

A już największym dobrem luksusowym była Kinder-niespodzianka. O jeżu, jakie to było dobre! Nie jadałem ich super często, przez to każde rozpakowanie tego czekoladowego jajca z folijki bywało nie lada świętem i ten niezapomniany smak, o kur zapiał, aż se smaka na kinderka zrobiłem ;) Strach dzisiaj myśleć ile sztuczności musiały w sobie mieć te frykasy. Fakt, w tych łakociach mogła być i cała tablica Mendelejewa, ale kogo to wtedy obchodziło, liczył się tylko smak.

Dziwne jedzenie

Smaki dzieciństwa bywały do prawdy dziwaczne i zmienne w moim życiu. Gdy prosiłem moją mamę o coś do picia, to nie była to herbata czy jakiś tam sok, jak normalny dzieciak. Nie, ja wolałem wodę z cukrem.
– Mamaaaa, zrobisz mi wodę z cukrem? – I kochana kobiecina wstawiała wodę w czajniku. No dietetycy pewnie już by się za głowę chwyciło myśląc, jak bardzo to było niezdrowe. Ale na pocieszenie dodam, że na zagrychę brałem jeszcze skibę chleba z masłem i cukrem, siadałem przed telewizorem z włączonym Cartoon Network i tak spędzałem wiele poranków, więc wiecie, ta woda z cukrem to przy tym pikuś.

No i nie zapominajmy o jeszcze jednym dziwnym przysmaku dzieciństwa, czyli kultowym Vibovicie. To dopiero był zacny towar i pewnie nie tylko ja tak myślę, no dalej, przyznać mi się ;) Cóż, jaki kraj, taka kokaina. Legenda głosi, że ktoś kiedyś wsypał saszetkę Vibovitu do szklanki i rozpuścił zawartość w wodzie. Tylko barbarzyńca by tak potraktował ścieżkę najlepszego proszku. U nas na dzielni Vibovit to się jadło, bo my to lubiliśmy życie na krawędzi. Najlepszy był o smaku pomarańczowym, rarytas, mówię wam.

Ja, kotleciarz

Z kolei moje gusta obiadowe to dopiero był niezły Meksyk. Do 5 roku życia jadłem dosłownie wszystko co postawiono na stół. Uwielbiałem zupy, barszcz biały czy szczawiowa, wcinałem równo. Zero było ze mną problemów, nawet na wczasach nie wybrzydzałem. Wszystko zmieniło się, gdy miałem powyżej pięciu lat. Wtedy zaczął się mój okres niejadka i awersja do zup, co zresztą trwa do dziś. Co poradzę, nie lubię zup i już.

Z obiadami to byłem prawdziwym bólem głowy dla moich rodziców. Tego nie, bo nie lubię, to mięso za tłuste, tamto niedobre i tak sam już nie wiedziałem co chcę jeść. Po prostu cyrk na kółkach ze mną był i dopiero mój ś.p. dziadek Zdzisław trafił z idealnym daniem dla mnie.

Były to pyry posypane koperkiem, do tego kotlet z piersi kurczaka w panierce i obowiązkowo z buraczkami startymi na grubsze wióry, prosto z lodówki. Prawdziwa klasyka gatunku i ciągle przepyszna. Niedzielny obiad nigdy nie mógł się obejść bez rosołu i kotletów na drugie. A na pytanie mamy:
-Kubuś, co chcesz na obiad? – zawsze odpowiadałem – Kotleta! I tak mnie uczyli dziadostwa. Jak była okazja, to jadłem kotleta. Może udko kurczaka? Nie, kotleta. Tak je uwielbiałem, że rodzinka już mnie kotleciarzem nazywała i było w tym ziarnko prawdy… bułki tartej. Nawet buraczki musiały być robione przez dziadka, bo słoikowych to bym kijem nie tknął. Grubsze wióry, bez żadnego chrzanu, czysta poezja.

I tak się powoli żyło na tym blokowisku, a smaki dzieciństwa zostaną na zawsze w moim sercu. A wy jakie smaki pamiętacie ze szczenięcych lat? Piszcie w komentarzach :)

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.

  • Też miałam swoje widzimisię co do obiadów jako dziecko w wieku szkolnym. A z dzieciństwa najbardziej pamiętam gumę Donald i lody Calipso.