Paradoks broni jądrowej.

Oślepiający błysk, jaśniejszy od wszystkiego co można zobaczyć, niszczycielska fala uderzeniowa i charakterystyczna chmura w kształcie grzyba. Widok atomowej eksplozji ma w sobie coś jednocześnie przerażającego i fascynującego, na zawsze zagnieżdżając się w umyśle. Dla jednych czyste zło, dla innych, konieczność. Z pewnością triumf ludzkiego umysłu, ale czy niesie w sobie jakiekolwiek pozytywy?

Od dzieciństwa temat ten zaprzątał mój umysł, bo jest coś na swój sposób fascynującego w broni jądrowej, jej destrukcyjnej naturze i potędze. Gry, filmy lub książki poruszające tą tematykę czy to przez podgatunek post-apo, czy nawet ogólne wzmianki, zawsze przyciągają mnie do siebie. Ciekawość to jednak osobliwe uczucie, niby nic nie mam wspólnego z atomowym orężem, a ciągnie mnie do tego jak ćmę do światła. Cóż, nie wybiera się swoich zainteresowań jak sądzę. Tak czy inaczej zacznijmy najpierw od historii, bez zbędnych szczegółów.

„Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów.”

Te wstrząsającymi słowa pojawiły się w głowie Roberta Oppenheimera, jednego z twórców pierwszej bomby atomowej, po pierwszym udanym teście tej straszliwej broni. Świetnie ukazują one grozę niszczącej siły rozszczepienia atomu oraz świadomość konsekwencji tego odkrycia. Człowiek okiełznał energię zdolną zniszczyć całą cywilizację. Niedługo później zdetonowano pierwsze bomby na Hiroszimę i Nagasaki, które rozpoczęły erę atomu.

Po USA i ZSRR do swoistego klubu atomowego zaczęły przystępować kolejne państwa i broń masowej zagłady rozprzestrzeniła się. Od tego momentu świat na dobre pogrążył się w Zimnej Wojnie i strachu przed potęgą atomu. Lecz mimo niesprzyjających warunków nasz gatunek przetrwał ten okres i przywykł do życia w cieniu jądrowego arsenału. Jest to zastanawiające nie sądzicie? Wbrew naszemu dążeniu do autodestrukcji i skłonności do konfliktów, zdołaliśmy oprzeć się chęci rozpoczęcia wojny na atomowe przyciski. Dało mi to dużo do myślenia, że może przysłowiowo, nie taki diabeł straszny jak go malują?

 

Nie każdy grzyb na grzybobraniu jest warty zebrania.

 

Jak przestałem się bać i pokochałem bombę.

Broń nuklearna po za swoją oczywistą funkcją niesienia śmierci i zniszczenia posiada kilka bardziej paradoksalnie pozytywnych funkcji. Co jeśli powiem Wam, że atomówki potężnie przyczyniają się do zachowania w miarę trwałego pokoju na świecie? No bo spójrzmy, od zakończenia I i II wojny światowej, dwóch najokrutniejszych konfliktach w dziejach rodzaju ludzkiego, nigdy już nie braliśmy się za łby na podobnie wielką skalę. Sądzę, iż zasadny jest tutaj wniosek, że broń jądrowa niezamierzenie stała się narzędziem szerzenia pokoju, jakby to szalenie nie brzmiało.

Najlepiej to wyjaśnić na przykładzie hipotetycznego konfliktu gdzie byłaby groźba użycia tego rodzaju broni. Dajmy na to USA kontra Rosja (tak, wiem że to najbardziej wyświechtany scenariusz, ale to dobry przykład). Zaczyna się konwencjonalnie, czołgi, lotnictwo i piechota. Konflikt eskaluje i właśnie w tym momencie jedno z państw zaczyna grozić uderzeniem atomem, co niechybnie gwarantowałoby by odwet tym samym ze strony przeciwnej.

Dalsza wojna staje się automatycznie nie do wygrania, więc zakładając rozsądek dowódców, de facto konflikt dobiega w ten sposób za każdym razem do końca. Strach przed wzajemnym zniszczeniem prawdopodobnie zawsze będzie w stanie zakończyć każdą globalną wojnę. Tym sposobem broń, która miała nas zniszczyć, staje się gwarantem pokoju. Niezły chichot historii można rzec, o ile nie doczekamy się szaleńców ze słabością do czerwonych przycisków. Chociaż, nawet to miałoby jakieś plusy, w końcu byśmy byli świadkami niezłych fajerwerków. Pamiętajcie, że zawsze trzeba patrzeć na jaśniejszą stronę życia ;)

 

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.