Moje najdalsze podróże, Berlin, Tropical Islands.

Tydzień temu pisałem o mojej podróży na Węgry, więc dzisiaj, jak obiecałem, opowiem wam o wycieczce szkolnej do Berlina i kompleksu Tropical Islands. Miłej lektury.

 

 Wyjazd

Wycieczka miała bodajże miejsce w maju 2008 roku, gdy uczęszczałem do drugiej klasy gimnazjum. Na początku byłem trochę sceptycznie nastawiony do wyjazdu, bo wiadomo, ja na wózku, trochę zachodu z tym będzie, itd. Jednak po namowach pani wychowawczyni i po przedyskutowaniu tematu z moją mamą, doszliśmy do wniosku, że pojedziemy i do pomocy wzięliśmy mojego starszego brata Damiana.
No i przyszedł dzień wyjazdu, wstaliśmy ok. piątej rano, oczywiście przygotowanie się, zapakowaliśmy się do auta i podjechaliśmy na miejsce zbiórki. Wysiedliśmy i już ciężkie zadanie, ja na wózku, a tu trzeba dostać się na pokład. Przejście wąskie (jak to środkowe drzwi autokaru), wejście na wózku nie wchodzi więc w grę, przednie drzwi to samo. Cóż, trzeba mnie wnieść, moja mama wzięła mnie na ręce, a z tyłu, pod pachy mój brat mnie wciągnął do środka i z drobną pomocą pilota wycieczki wleźliśmy do autokaru.

Nawet jeszcze nie ujechaliśmy metra, a my już zmęczeni, no i pani wychowawczyni, by dodać nam otuchy powiedziała mojej mamie, że „daliśmy sobie radę”, wiem co sobie pomyślicie, ale sądzę, że z boku nie było chyba widoczne jak bardzo to było męczące. Koniec, końców i wyruszyliśmy.

 Zwiedzanie Berlina

 Jazda do granicy i później do samego Berlina odbyła się zupełnie bez zakłóceń. Pierwszym celem wycieczki był gmach niemieckiego parlamentu, czyli Reichstag. Wyszliśmy z autokaru (zejście było już łatwiejsze) i poszliśmy wszyscy do budynku. Okolica tej pięknej, swoją drogą monumentalnej budowli była dość opustoszona, ale to było koło 10 rano, więc to raczej normalne. Dojazd do wejścia był dobrze dostosowany dla niepełnosprawnych, co było miłe, jeszcze kontrola przez bramki wykrywające metal i już byliśmy w środku. Po oprowadzeniu, udaliśmy się na wyższe piętra Reichstagu, były tam wielki kręcony podjazd, a nad naszymi głowami znajdowała się szklana kopuła. Mogłem tam wjechać wózkiem, więc mogłem podziwiać, moja mama miała tylko mały problem ze swoim lękiem wysokości, ale fajnie wszystko poszło.

Po opuszczeniu parlamentu, udaliśmy się piechotą pod Bramę Brandenburską, w czasie spaceru, pozytywnie zaskoczyło mnie to, że wszystkie ulice i chodniki były wspaniałe do jazdy wózkiem inwalidzkim. Jakby tylko tak w Polsce byśmy mieli, ach fajnie by było. Kolejnym miejscem do zwiedzenia, był Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, składa się on z ponad 2 i pół tysiąca kamiennych bloków różnej wysokości. Poruszając się między alejkami tych bloków, czułem takie uczucie zadumy, niby zwykłe kamienie, a jednak działały na wyobraźnię (warto w Google zobaczyć zdjęcia tego miejsca).

 

Po zwiedzeniu okolicy znów wsiedliśmy do autokaru i znów ruszyliśmy do kolejnych obiektów. Na początek Muzeum Pergamońskie, niestety nie byłem w środku, były tam schody i na dodatek byłem już zmęczony, więc zostałem w autobusie, trochę szkoda, ale nie było wyjścia. W kolejnym muzeum tym razem Techniki, też nie byłem i w Wieży Telewizyjnej również. Skończyliśmy zwiedzać Berlin i pojechaliśmy do głównego celu wycieczki (po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jakiś pałac i piękny park), do Tropical Islands.

Tropical Islands

Obiekt ten znajduje się 60 kilometrów od Berlina. W skrócie, jest to ogromna kopuła, w środku której panuje tropikalny klimat, 26 stopni i ponad 60% wilgotności powietrza. Są tam posadzone żywe rośliny, są plaże, baseny, zjeżdżalnia, po prostu jakbym nagle znalazł się na Hawajach. Przy wejściu dostaje się na rękę pasek z czujnikiem i nim płaciło się za wszystkie atrakcje oraz jedzenie. Byliśmy tam dwa dni, do duchoty trochę trzeba było się przyzwyczaić, ale później można było się zrelaksować. Na początku nie chciałem wchodzić do basenu, ale pomyślałem, co mi tam i mama wjechała wózkiem do wody. No i pływać nie mogłem, ale w wodzie byłem ;)

Super tam było, spacery po lesie deszczowym, wszystko utrzymane w klimacie tropikalnej wyspy, nawet drewniane domki wyglądały jak żywcem wzięte z wysp Pacyfiku. Wieczorem był jeszcze występ artystyczny i przyszedł czas na sen. Spało się tam w namiocie, musiałem zostać wciągnięty do środka i jakoś się ułożyłem. Zasnąć tam to był koszmar, duchota, ciasnota i szum wentylacji, masakra. Rano byłem niewyspany i mokry jak szczur wyciągnięty z pralki. Po południu, tego dnia, przyszedł czas opuścić ten rajski przybytek i ruszyliśmy do Gniezna.

Po powrocie do domu byliśmy wykończeni, sam zasnąłem od razu jak wszedłem do łóżka i spałem do trzynastej. Ale i tak byliśmy zadowoleni i szczęśliwi. Dzisiaj, nie mogę się nadziwić, jak mogłem chcieć wyruszyć w taką szaloną podróż, ale chyba było warto i na pewno bym to powtórzył.

Tu możecie sobie zobaczyć, jak wyglądała ta cała tropikalna wyspa:

https://www.youtube.com/embed/K0a3S3X4dlQ