Jak zostałem fanem trylogii filmowej „Władca Pierścieni”?

Dzisiaj jestem fanem gatunku fantasy w świecie filmowym. A zaczęło się to u mnie właśnie od „Władcy Pierścieni”. Filmu, który cały czas jest dla mnie wciąż robiącym wrażenie i niedoścignionym wzorem, tego jak powinno wyglądać tego rodzaju kinowe widowisko.

 

Do obejrzenia pierwszej części tej zacnej trylogii namówił mnie mój starszy brat, Damian. Swoją drogą, jest on pewnie większym fanem ode mnie, ale tak czy inaczej wciągnął mnie to tego świata, bez reszty. Na początku byłem onieśmielony długością tego filmu, ale jak już zacząłem oglądać to wessał mnie jak odkurzacz. O zaletach tego widowiska mógłbym wymieniać dobrą chwilę. Genialny klimat, sam wstęp od razu mnie zafascynował, i ta mistrzowska muzyka. Do dzisiaj dreszcz przeszywa moje plecy gdy usłyszę choćby ten utwór (od 0:48 min, Miazga!):

Żaden soundtrack nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jak ten autorstwa Howarda Shore’a. Coś niesamowitego, bez tej muzyki ten film nie byłby taki sam. Podobnie jak i w „Gwiezdnych Wojnach”. Warto też wspomnieć o świetnie dobranych aktorach, szczególnie odegranie postaci Gandalfa, Sarumana, Aragorna i Gimliego zrobiły na mnie największe wrażenie.

Później przyszedł czas na „Dwie Wieże”. Epickość w tej części tylko wzrosła. Wreszcie pojawia się postać Golluma (Andy Serkis swoim głosem i mimiką po prostu miażdży), nie mówiąc o bitwie o Helmowy Jar, (te sceny w deszczu). Dwie pierwsze części oglądałem dobre 5 razy, o ile nie więcej. Często kiedy z powodu zaziębienia musiałem zostać w domu, to odpalałem Władcę, długość jednak robiła swoje. W końcu pojawił się „Powrót króla” i znów mnie zachwycił. Bitwy, muzyka, nawet wydłużone do granic możliwości zakończenie mi się bardzo podobały. Na dokładkę były jeszcze wersje rozszerzone i tak moja fascynacja trylogią osiągnęła szczyt.

Po filmach zająłem się książkami, przeczytałem Hobbita i nie mogę wyjść z podziwu do Tolkiena, że potrafił stworzyć tak wielki, fikcyjny świat. Peter Jackson koncertowo wywiązał się tutaj, z dość trudnego zadania, jakim jest ekranizacja książki i wielka szkoda, że jednak poległ na Hobbicie.
I tak wyglądała moja fascynacja „Władcą Pierścieni”, bez mała to jedna z moich najbardziej lubianych serii filmowych. Właściwie wszystkie części zasługują wg. mnie na ocenę 10\10. Pewnie to sentyment, ale sądzę, że te filmy na prawdę na nią zasługują.

Kto nie widział, niech koniecznie nadrobi, na prawdę warto ;)