Jak złamać nogę, nie chodząc?

Zastanawialiście się kiedyś, czy da się, będąc osobą na wózku, złamać nogę? Otóż okazuję się, że jak najbardziej. Niekoniecznie jednak, tak mało przyjemna rzecz, musi zawsze przynosić same negatywne skutki. Posłuchajcie więc pewnej historii…

 

Jak to się stało?

Wydarzyło się to pewnego wieczoru, w połowie października, 2010 roku. Tak jak zazwyczaj musiałem iść na toaletę. W tamtym czasie by na niej usiąść, jeden z moich rodziców musiał mnie wziąć na ręce i przenieść z wózka na sedes. Łazienkę mam w swoim pokoju, więc to nie były zbyt duże odległości, raptem metr, półtora. Akurat tego dnia, osobą którą mnie przenosiła był mój tata.

Skończyłem swoje potrzeby i przyszedł czas by znów mnie przenieść, tym razem na łóżko (do spania się powoli szykowałem), dwa metry od łazienki. Tata mnie niesie na rękach i z pół metra przed łóżkiem chwycił go skurcz w łydkę. Nogi się pod nim ugięły i razem ze mną, tak jakby, usiadł na podłodze. Niestety, ja usiadłem na swoją lewą nogę, zgiętą pod siebie. Poczułem ból, ale nie zbyt mocny, na pewno nie taki bym podejrzewał złamanie, co najwyżej naderwanie mięśnia.

No nic, położyłem się spać z bolącym udem. Cały kolejny tydzień spędziłem w łóżku, smarowałem nogę Altacetem i tak jakoś czas leciał. Najgorsze były wizyty w toalecie i strach przed bólem, ale wyobraźcie sobie, że nie miałem pojęcia o złamaniu, a cały czas używałem tej nogi jak zawsze.

Coś tak mi nawet chrzęściło w nodze (sic!), a ja się oszukiwałem, że to nic takiego. W końcu moja mama się wkurzyła i zadzwoniła na pogotowie. Przyjechali ratownicy medyczni z lekarzem i teraz posłuchajcie tego, stwierdzili jakiś stan zapalny nie zauważając złamania! Kazali smarować nogę i pojechali w długą. Trzy dni jeszcze odczekałem i tym razem pojechałem już karetką na prześwietlenie.

Szpital

W końcu konkretna diagnoza: złamanie kości udowej z przemieszczeniem. Po prostu pękła mi wzdłuż, nietypowo, stąd mały ból. Konieczna była jednak operacja i musiałem zostać na oddziale ortopedycznym.  Jak wygląda życie w polskim szpitalu wielu z was pewnie wie, więc opowiem o tych mniej oczywistych szczegółach. Zabieg został zaplanowany na kolejny tydzień.

Na dzień dobry założono mi cewnik, dla tych co nie wiedzą, wkładają cienką rurkę przez cewkę moczową, aż do pęcherza (fajnie, nie?). Tak wiem, standardowa procedura przed operacją, ale miałem ją mieć po tygodniu, a tu od razu ci robią. No dobra, jakoś to przełknąłem i czas powoli mijał. Na sali miałem fajne osoby, było z kim pogadać, a nawet pośmiać się, jeden z pacjentów szczególnie tam cudował, ale to pewnie temat na osobny tekst. W między czasie byłem też lekko rehabilitowany przez bardzo miłe fizjoterapeutki, miałem więc kolejną okazję do rozmów.

W końcu zbliżał się dzień zabiegu, miał zostać wykonany przy znieczuleniu zewnątrz oponowym (zastrzyk między kręgami w kręgosłupie). Przyszli więc do mnie chirurdzy i szukali miejsca na plecach, by narysować miejsce wkłucia. Samo to szukanie było dla mnie strasznie bolesne, jakąś nadwrażliwość miałem i troszkę musiałem pokrzyczeć. Dzień przed operacją lewatywa i byłem gotów. Godzina została i nagle nic, tytanu nie dowieźli i czekaj prawie tydzień więcej, nawet nie wiecie jaki mnie wkurw wtedy ogarnął, ale koniec końców, dotrwałem i zaczęło się.

Operacja i konkluzja

No i wreszcie, nadszedł ten dzień. Zostałem przeniesiony na łóżko transportowe i jedziemy na salę operacyjną. Piździło tam jak w kieleckim, albo może mi się tak zdawało. Zaczęło się od znieczulenia, trzy osoby mnie wyprostowały, do pozycji siedzącej (sam nie trzymam równowagi), a anestezjolog wbił igłę tam gdzie trzeba. Nie bolało to, ale poczułem uszczypnięcie i chłód w miejscu wkłucia. Następnie ułożono mnie na łóżku, w dość niewygodnej pozycji i podłączyli wszystkie przyrządy monitorujące. Wystarczyło czekać na zadziałanie znieczulenie, aż w końcu, od pasa w dół, przestałem czuć cokolwiek.

Przez cały czas trwania trwania zabiegu wszystko słyszałem, ale prawie nic nie czułem, spokojnie nie ból, tylko szarpnięcia i wibracje wiertła. Do kości udowej przytwierdzono mi tytanowy pręt i przykręcono jedenastoma cienkimi śrubami, stąd to wiertło. Nieznacznie podniosło mi to ciśnienie, aczkolwiek wszystko poszło spokojnie. Po operacji wróciłem na salę, nóg jeszcze nie czułem, więc byłem w pełnym relaksie. Gdy leżałem na łóżku podłączono mi jeszcze worek z krwią do przetoczenia. Chwilę po tym słabo mi się zrobiło, dostałem tlen i wszystko było już ok.

Minęło kilka dni, wszystko się ładnie goiło, wyjęto mi dren z nogi (kilka sekund bólu jakby ostrze noża z nogi wyjmowali). W końcu mi szwy ściągnięto i na dzień przed wypisem pozbyłem się cewnika, sikanie po tym było jak napalmem. Mogłem wracać do domu. Powrót był wspaniały, wyremontowany pokój, nowe, mega wygodne łóżko, w pełni elektryczne i podnośnik. Jak więc widzicie warto było złamać nogę, przynajmniej był impuls do kupna sprzętu, zawsze warto patrzeć na jaśniejszą stronę złych zdarzeń ;)

Kilka kolejnych miesięcy spędziłem w łóżku, musiałem mieć indywidualne nauczanie, (klasa maturalna), ale wszystko przetrwałem. Cóż, doskonale pasuje tutaj klasyczne stwierdzenie: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.