Jak wyglądał mój typowy dzień w szkole?

Zawsze lubiłem chodzić do szkoły, wiadomo zdarzały się dni kiedy nie miałem ochoty wstawać o 8 rano albo przy złej pogodzie. Jednak nie zawsze z powodu czystego lenistwa, a raczej trudności w dostaniu się do niej. To będą moje wspomnienia z gimnazjum i liceum z lat 2005-2011.

W moim przypadku chodzenie do szkoły było trochę bardziej skomplikowane, ze względu na wózek oczywiście. Mój typowy dzień zaczynał się z rana, wiadomo, obudzić się, dojść do siebie po spaniu, później herbata, małe śniadanie, potem moja mama (czasem tata) musiała mnie ubrać, wziąć mnie na ręce (zawsze musiała być druga osoba, która przytrzymywała mnie od tyłu by mama mnie mogła wziąć na ręce), niosła mnie do samochodu.

Autem zawożony byłem pod szkołę, potem musiałem być przesadzany z fotelu samochodu na wózek i do szkoły. Później powrót i tak codziennie. Z opisu może się to wydawać strasznie trudne, ale mimo wszystko dawaliśmy sobie radę. Bywało męcząco, ale było warto. Szczerze mówiąc gdy pomyślę ile to w sumie było z tym zachodu, to nie mogę wyjść z podziwu dla mojej mamy, że dała z tym sobie radę.

 

Bardzo lubiłem chodzić do szkoły, kontakt z rówieśnikami i życie w określonym porządku dawało mi takie poczucie normalności, czułem się po prostu takim jak każdy sprawny człowiek. Większość nauczycieli miałem wspaniałych, chyba tylko nie lubiłem nauczycielki z angielskiego w gimnazjum, bo dziwnym trafem miałem u niej większość ocen na 3, a w liceum, gdzie już miałem inną nauczycielkę, naglę zacząłem dostawać 5, więc musiało coś być na rzeczy. Ogólnie w gimnazjum miałem nieco gorsze oceny, niż w liceum, właściwie nie wiem dlaczego. Uczyłem się zawsze w ten sam sposób, tzn. niemal na ostatnią chwilę, czasami jeszcze po obudzeniu się i na przerwach między lekcjami, zawsze mi to wystarczyło.

Zdjęcia tytułowe i to przedstawia mnie z klasą licealną, super tam było :)

 

Na prawdę fajnie było w szkole, dużo miłych wspomnień mi zostało. Jednak najbardziej podobało mi się w liceum, wielu wspaniałych ludzi tam spotkałem, i może też przez to miałem lepsze oceny, niż wcześniej. Najlepsze wspomnienia mam właśnie z tego okresu, niestety, maturę wtedy oblałem.  Język polski i angielski (98% z ustnych, z pisemnych już nie pamiętam) poszedł śpiewająco, niestety, na matmie się wyłożyłem, tylko parę punktów mi zabrakło. Była poprawka, ale odpuściłem sobie, myśl, że miałbym znów powtarzać funkcje i inne rzeczy mnie odrzucało, no i tak już zostało. Stwierdzam jednak jeden fakt, nie jest mi to do szczęścia potrzebne.