Bo ja to pisać nie lubię.

rocznica okiemon

Piątego października minął dokładnie rok, od momentu, w którym kliknąłem opublikuj, pod moim pierwszym, poważnym wpisem na blogu. Ależ ten czas szybko płynie. Ciekawi Was pewnie, jak w ogóle, oceniam ten ostatni okres życia, co? Jednak zanim do tego przejdziemy, to jak w każdej dobrej historii, zaczniemy od zamierzchłych czasów…

 

Dawno, dawno temu, gdy po ziemi chodziły jeszcze dinozaury, a ja uczęszczałem do gimnazjum, słowo blog kojarzyłem tylko z wirtualną wersją pamiętnika zbuntowanej 13-latki. Wiecie, mnóstwo różu, jednorożce i pisanie o tym, jak bardzo facetka od przyry się na nią uwzięła. Taka klasyka gatunku, można rzec. Gdyby ktoś powiedziałby mi wtedy, że za 10 lat będę prowadził bloga, to bym go spytał czy czasem sufit mu się na łeb nie spadł. Aż tak niepoważne mi się to wtedy wydawało i dużo czasu zajęła mi zmiana tego stereotypowego poglądu.

Czy mam talent?

Może się dziś to wydawać dziwne, ale tak serio to nigdy pisać nie lubiłem. Od podstawówki, aż do matury, każda rozprawka była dla mnie wrzodem na tyłku, choć, paradoksalnie, miałem do tego dryg. Coś takiego w sobie miałem, że jak już zaczynałem pisać te nieszczęsne wypracowania, to niemal zawsze wychodził z tego całkiem dobry tekst. Na tyle, że nawet moja bardzo wymagająca nauczycielka, z podstawówki potrafiła mnie za to pochwalić (o czym już pisałem w tekście o szkole).

Pomagał mi w tym też mój instynkt ortograficzny, dzięki któremu nie jedno dyktando zaorałem, niczym ciągnik pole. Mogłem nie znać niektórych zasad szlachetnej sztuki ortografii, ale podświadomie czułem gdzie wstawiać kropki i kreseczki. Mistrz Yoda ze mnie był, kuźwa! Wystarczyło, że spojrzałem na wyraz i już wiedziałem jaką literę wstawić. Mimo tych niewątpliwych talentów, nie lubiłem i nadal nie lubię pisarskiego fachu. Jednak mój wewnętrzny, uparty baran i czas pokazał, że każdy talent w końcu na coś się przydaje.

Skąd ten blog?

By odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się o dwa lata, do jednego z moich biznesowych pomysłów. Do 2015 roku nie miałem pojęcia co ze sobą począć, miotałem się szukając roboty, to tu, to tam i nic konkretnego z tego nie wynikało. Cóż, przy moim stopniu niepełnosprawności, znalezienie pracy, szczególnie zdalnej, nie jest łatwe. Dodajcie do tego totalny brak pomysłu na siebie, a motywacja i samoocena już leci na łeb, na szyję. I gdy już miałem dość tych bezskutecznych poszukiwań i chciałem rzucić to w diabły, natknąłem się na cupsell.pl.

Jest to platforma, na której możemy założyć swój własny sklep z koszulkami. Cupsell zajmuje się dystrybucją i produkcją, a my tworzymy nadruki, i promujemy we własnym zakresie. W każdym, bądź razie, coś idealnego dla mnie i po bardzo intensywnej burzy mózgu stworzyłem swój pierwszy sklep, Moją Synergię. Porobiłem dużo grafik na koszulki, kubki i wziąłem się za promocję na Fejsie. Kilka sprzedanych koszulek i zdobytych fanów później, dotarło do mnie, że nie mam już pomysłów na posty, a sprzedaż powoli stawała w martwym punkcie. Musiałem zacząć kombinować co robić dalej. Pierwszym, co mi przyszło wtedy do głowy, był kanał na YouTube o grach wideo, ale po uświadomieniu sobie konkurencji i mojej totalnej awersji do kamery, szybko odrzuciłem tę ideę. I gdy myślałem, że już nic dobrego nie wydumam, doznałem olśnienia, a może jednak założyć bloga?

A może by tak lifestyle?

W ten sposób powstał… Wózkowy Pasjonat. Ale, że co? Przecież to nie ten blog. A jednak. Zanim stworzyłem Okiem ON, miałem pomysł na bloga o grach komputerowych. A nawet parę próbnych postów napisałem, ale szybko wybiłem sobie z głowy ten plan. Czułem, że ograniczanie się do tematyki gier, spowodowałoby moje niechybne wypalenie się i skrępowany tematyką, pewnie bym porzucił ten fach błyskawicznie. Musiałem więc wrócić z tym do deski kreślarskiej i zmienić koncepcję. Kilka miesięcy mi to zajęło, ale w końcu urodził się z tego fanpage, a później też i blog: Okiem Osoby Niepełnosprawnej. Pomyślałem, że pisanie z perspektywy osoby na wózku, pozwala mi na całkowitą dowolność w doborze tematów i tym sposobem zdecydowałem się na blog lifestylowy.

Powody tej tematyki są dwa: po pierwsze, mogę właściwe pisać o wszystkim, a po drugie, przekonał mnie do tego zestaw książek niejakiego Tomka Tomczyka, znanego dzisiaj jako Jason Hunt. Cóż, nie bez powodu pasuje do nich miano biblii blogera, bo poznałem dzięki nim fascynujący świat blogosfery. Być może żaden ze mnie Jason Hunt, ale lektura tych świetnie napisanych poradników potężnie mnie zainspirowała i tylko utwierdziła to w przekonaniu, że pisanie własnego bloga, to jest to, co chciałem robić w życiu.

Rok z Okiem ON

Mówi się, że pierwszy rok blogowania jest najtrudniejszy. Bowiem, zdecydowana większość twórców, porzuca swoje blogi w mniej niż 365 dni, od daty ich założenia. I z dumą mogę oznajmić, że nie jestem w tej większości, a ten rocznicowy wpis najlepszym tego dowodem. Jak oceniam ten ostatni rok? Z pewnością był to najbardziej twórczy okres w moim życiu i jestem bardzo zadowolony z tego, co udało mi się osiągnąć.

Fakt, dałem radę napisać tylko 81 wpisów, zamiast 100 przeze mnie zakładanych. No i z dostarczaniem dwóch czy trzech tekstów tygodniowo było u mnie różnie, ale jednak te drobne niedociągnięcia bledną, w porównaniu z tym, co mi wyszło dobrze. A trochę tego jest i wszystko dzięki Waszemu wsparciu, bo te 280 polubień na fejsie, to nie byle co ;)

Kolejną dobrą rzeczą, którą osiągnąłem, było też przeniesienie bloga na własny adres i wykupienie hostingu, gdyż wpłynęło to znacząco na wygląd mojego grajdołka. No i te cudowne wtyczki wordpressowe, nie mogłem wybrać lepiej. Dużo dało mi również przyłączenie się do kliku grup dla blogerów, z których warto wyróżnić, tą gdzie stężenie kociej sierści przekracza wszelkie normy. Nazywamy się KOT, czyli Komiczne, Odważne, Twórcze i chyba nigdzie nie da się znaleźć tylu pozytywnie pierdolniętych blogerów, co w naszej szalonej zbieraninie. Dołączenie do grupy i pierwszy, blogerski rok, nauczył mnie szacunku dla całej tej branży, bo dopiero teraz wiem, jak ciężkim kawałkiem chleba jest prowadzenie bloga i ile trudu trzeba włożyć, by pisać z sensem.

Przyszłość?

Rok pisania już za mną i jak to zwykle bywa, rodzi się pytanie – co dalej? I powiem Wam, postaram się by było grubo i krwawo. Zacznę od poczytania sobie kilku mądrzejszych książek, bo jak to powiedział Tyrion Lannister: „umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia”. Po prostu muszę poszerzyć swoje słownictwo i dokształcić się w kilku dziedzinach, bo planuję dla was pewien cykl tematycznych wpisów, więc głupio by było się do niego nie przygotować.

Z kolei w dłuższej perspektywie, chciałbym zacząć pisać na bardziej kontrowersyjne tematy i może w końcu wycisnę z was parę mocniejszych emocji. Wydaje mi się, iż moment, w którym wepchnę kij w mrowisko będzie przełomem dla mojego skromnego bloga i mam nadzieję, że z chęcią zobaczylibyście cóż ten Kubuś na prawdę myśli.

Do następnego, Ciau ;)