Idź być kaszlem, gdzie indziej.

kaszel

Jesień budzi we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony uwielbiam ten okres za te wszystkie cudowne premiery gier czy seriali, a z drugiej nie znoszę, bo łatwo wtedy o chandrę i choroby. W tym roku wypadło niestety na to drugie…

 

Piętnasty listopada zapowiadał się na zupełnie zwyczajny dzień. Dwa dni wcześniej, fakt, dostałem napad kaszlu, ale przecież dla mnie to normalka po obiedzie czy większym wysiłku, więc sądziłem, że w środę będę miał już spokój. W końcu nie miałem żadnych infekcji, katarów czy innych gorączek, a we wtorek byłem okazem zdrowia, kto by się spodziewał problemów?

Ta feralna środa zaczęła się rutynowo, usiadłem, wytarłem oczy, umyłem zęby i po jedenastej byłem już przed komputerem. Nagle, po godz. 12 zacząłem czuć rzężenie w klatce piersiowej i siłą rzeczy musiałem zakasłać i się zaczęło. Ile bym nie kaszlał, to oskrzela i tak grały. Po 13 było coraz gorzej, nie dawałem już rady, a duszności nieubłaganie zaczynały odprawiać swój bezlitosny taniec. Z każdym wdechem było mi ciężej i niewiele myśląc kazałem mojej mamie wezwać pogotowie. Ratownicy przybyli na szczęście błyskawicznie i tak się złożyło, że był to dokładnie ten sam zespół co dwa lata wcześniej, więc doskonale wiedzieli, że bez odessania śluzu z oskrzeli się nie obejdzie.

Rurka w gardło i za ojczyznę

Wpychanie plastikowej rurki do gardła to oczywiście skrajnie paskudna czynność, ale wiedziałem, że muszę wytrzymać. Odsysali i odsysali, a koniec nie chciał nastąpić i walczyliśmy z tym dobre dwie godziny, aż się nieco polepszyło. Byłem już tym wykończony i w końcu się ustabilizowałem. Z początku lekarz zespołu medycznego planował mi wizytę w szpitalu, ale z racji mojego chwilowego dojścia do siebie zaproponował mi poczekać parę godzin i w razie czego wezwać ich ponownie. No i tak leżałem w tym łóżku z dobrą godzinę, a kaszel ucichł. Poczułem się lepiej, więc usiadłem do kompa i ledwo 30 minut później zrobiło się jeszcze gorzej. Twarz mi zaczęła sinieć, a powietrze łapałem jak karp wyciągnięty z wody przed Wigilią. Moja mama na całe szczęście szybko wezwała pomoc i po kilku chwilach karetka była na miejscu. I znów zaczęło się odsysanie i natlenianie, ale tym razem wzięli mnie również na SOR.

W szpitalu porobili mi wszystkie badania, podłączyli do tlenu, a ja mogłem choć częściowo odetchnąć. Wzięli krew, zmierzyli ciśnienie, zrobili echo serca, normalnie full-serwis. Czułem się tam bardzo bezpiecznie i dzięki temu leżałem tam prawie bezstresowo. Później przyjechała moja mama, dała mi wody, a przemiły personel cały czas mnie doglądał. Trzymali mnie tam do północy i praktycznie co 30 minut byłem odsysany. Gardło tak już miałem podrażnione od tej rurki, że ledwo mogłem mówić. Pielęgniarki nie mogły się nadziwić, jak ja to wszystko wytrzymałem i szczerze mówiąc sam tego nie wiem. Wyniki badań okazały się być całkiem w porządku i mnie wypuścili do domu. Jednak jazda bez trzymanki dopiero się rozkręcała…

Halucynacje welcome to

Gdy już wróciłem do łóżka czułem się jak stara, wyciśnięta ściera do podłogi. Oddychałem ciągle płytko, ledwo mówiłem i z wielkim trudem zasnąłem. Nazajutrz po kaszlu nie było śladu, jednak wydarzenia dnia poprzedniego straszliwie mnie osłabiły. Ciągle czułem się senny, oszołomiony i bez energii do życia. Byłem odwodniony toteż odwiedzić mnie musiał pielęgniarz i zamontować kroplówkę, zgodnie z wolą mojej lekarki z hospicjum, i tak do samego wieczora dotrwałem głównie leżąc. Wszystko zdawało się iść w dobrą stronę, ale mój mózg nagle zmienił plany, fundując mi noc pełną wrażeń.

Mieliście kiedyś sen, z którego za żadne skarby nie mogliście się obudzić i każda sekunda w Krainie Czarów zdawała się ciągnąć w nieskończoność? Bo ja właśnie coś takiego przeżyłem tamtej nocy. Przypominało to bardziej paraliż senny niż koszmar, bo częściowo byłem świadomy tego co się ze mną dzieje. Śniło mi się, że leżę na łóżku tak jak przed zaśnięciem, a wokół łóżka ciągle łażą jakieś osoby, mój pies, mama. Nie było w tym żadnego sensu, a co gorsza ten pseudo-sen zaczął się powtarzać i tworzyć coś na kształt pętli. Np. ktoś mi w jednej sekundzie mamrocze coś nad głową, a w drugiej słyszę pazurki mojego psa, łażącego pod moim łóżkiem, a potem cięcie i znów to samo. Czułem się uwięziony i coraz bardziej przerażony, krzyczałem: Stop! Stop! Mam tego dosyć! Wyjdź! Wyjdź się z mojej głowy! I tak się ciągle darłem, aż w końcu zobaczyłem zatroskaną twarz rodzicielki i wszystko ustało. To było dopiero dziwne, a nie przypominam sobie bym jadł jakieś podejrzane grzybki.

Cierpliwość popłaca

Przez kolejne dni, schizy pojawiły się jeszcze kilka razy. W sobotę np. nagle poczułem się mocno zdezorientowany, wiedziałem jak się nazywam i gdzie jestem, ale miałem wrażenie totalnej pustki w głowie. Ciągle się pytałem co mi jest, i że nie wiem o co chodzi. Zadziwiające co lekkie niedotlenienie i niewyspanie robi z mózgiem. Reszta tygodnia minęła mi na powolnym dochodzeniu do sił. Na początku musiałem być ciągle w pozycji leżącej i półleżącej, więc jedyne co mogłem robić to oglądać telewizję, która szybko mnie zresztą wynudziła. Czułem się jak zombie, a oczy wciąż mi się przymykały. Próbowałem się pionizować, ale ciągle traciłem równowagę i musiałem robić to stopniowo. Szybko okazało się, że wszystko było tylko kwestią cierpliwości i 23 listopada w końcu wróciłem do formy.

Czego mnie nauczyły te niecałe dwa tygodnie? Z pewnością cierpliwości i tego, że nie warto martwić się na zapas, bo nigdy nie wiemy co nas spotka dziś.