Hospicyjne zamieszanie.

W 2013 roku trafiłem do szpitala z powodu zapalenia płuc. Elegancko się podleczyłem i nim się obejrzałem, już byłem w domu. Przy okazji jednak, za namową lekarza, zawiązałem współpracę z pewnym hospicjum. Przez trzy kolejne lata, wszystko zdawało się przebiegać bez żadnych większych zakłóceń. Aż niespodziewanie, zaczęło się coś psuć…

Moja współpraca z tym domowym hospicjum cały czas wyglądała podobnie. W tygodniu przychodził do mnie lekarz, pielęgniarz i rehabilitant, miałem też dostęp do pomocy psychologa. Wszystko opłacane przez fundusz zdrowia i nigdy żadnych problemów. Przyszedł grudzień 2016 i pojawił się spory zgrzyt. Zaczęło się od zawieszenia mojej rehabilitacji, nagle dostałem telefon od rehabilitanta, że odwołano na jakiś czas jego wizyty. Z początku nie wiedziałem co jest grane, ale domysły prawie od razu przyszły mi do głowy.

No cóż, jest pewnie tak jak w tym słynnym, starożytnym porzekadle, gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… pieniądze. Może się mylę, nie wiem, nie mam żadnych informacji, ale co niby innego mogło to być? Koniec roku, zamykanie budżetu i szukanie oszczędności, brzmi logicznie. W końcu zabrano mi również psychologa, więc pewnie rzeczywiście są to typowe cięcia w budżecie. Mimo to, przed samymi Świętami na zastępstwo dostałem nowego rehabilitanta i myślałem, że po nowym roku wszystko wróci do normy, a tu zonk, nadal chaos.

Rehabilitację z hospicjum otrzymałem dopiero tydzień temu, (niestety z innym fizjoterapeutą), a w zamian psychologa, zaproponowano mi wizyty księdza-psychologa (nawet nie wiedziałem, że istnieją tacy), ale odmówiłem, bo jednak wolałbym rozmawiać z terapeutą, a nie duchownym. Strasznie to dziwne, na księdza-psychologa fundusze są, a na poprzednim rehabilitancie (do którego się bardzo przywiązałem) się oszczędza. Trochę cyrk można rzec. No nic, nie jest to koniec świata, prywatną rehabilitację na szczęście mam  ale i tak trochę to jednak irytujące. Tak czy siak, zobaczymy, może w końcu coś się poprawi.