Opowieść o pewnej żabie.

Zanim pojawiły się u mnie pierwsze objawy choroby, moje dzieciństwo nie różniło się niczym od rówieśników. Dzięki temu zdążyłem przeżyć bardzo wiele przygód i zasmakować całkowitej beztroski, dzisiaj przyszedł czas na opowieść o jednej z nich…


Beztroskie lato

Było to latem, pod koniec lat 90′, miałem wtedy może 6-7 lat. Mieszkałem wtedy jeszcze w bloku, na typowym osiedlu z wielkiej płyty. W tamtym czasie moje życie wyglądało tak samo jak większości dzieciaków w okolicy, biegałem, łaziłem w różne miejsca i takie tam zabawy.

Szczególnie z jednym kolegą lubiłem spędzać swój wolny czas, całymi dniami wędrowaliśmy z kąta w kąt, po pobliskich osiedlach i ich obrzeżach. Potrafiliśmy znikać nawet na wiele godzin, czym często doprowadzałem do nerwów moją mamę, ale sami wiecie jak to jest być beztroskim szczylem, w zabawie czas zawsze mija szybciej.

Pewnego letniego dnia wybrałem się z tym samym kumplem na małą wycieczkę. Naszło nas wtedy na łażenie po krzakach nieopodal zejścia nad pobliskie jezioro. Chodząc w tych chaszczach, natknęliśmy się na jakiegoś rodzaju płytką, betonową studnię, przykrytą dechami. Oczywiście dziecięca ciekawość wzięła górę i zajrzeliśmy do środka, przez szparę między kawałkami drewna.

Na ratunek!

W pewnej chwili zauważyliśmy dziwny kształt na dnie studni, okazało się, że jest tam sporych rozmiarów żaba.

– Mati zobacz, tam jest wielka żaba! – krzyknąłem uradowany.
Po chwili narady wpadliśmy na pewien plan, a może spróbujmy ją wyciągnąć na powierzchnię? Przystąpiliśmy więc do dzieła, najpierw próba wyciągnięcia kawałkiem deski, bezskutecznie, długość była ok, ale nie dało się nią chwycić płaza, ręce z kolei mieliśmy zbyt krótkie. Bo długich zmaganiach wpadłem na nowy pomysł, co gdyby tak przewiązać sznurek wokół doniczki i stworzyć coś jakby windę? Jak wymyśliłem, tak zrobiłem i zająłem się opuszczaniem doniczki. Gdy znalazła się na dnie, kumpel wepchnął dechą żabę do naczynia, a ja ją wciągnąłem. Nawet nie wiecie jaką mieliśmy wtedy satysfakcję z naszego osiągnięcia, niby nic, ale dla dzieci, którymi wtedy byliśmy to był ogromny sukces.

 

Po akcji ratunkowej nadszedł czas powrotu na osiedle, żabę trzymałem w doniczce i ją niosłem, uszliśmy gdzieś to połowy drogi, aż tu nagle widzę moją mamę z nie tęgą miną, zmierzającą w naszym kierunku. Oczywiście dostałem ostry ochrzan, okazało się, że pół dnia już minęło i szukano nas już od kilku godzin. A ja uśmiech od ucha do ucha i chwalę się żabą.

– Co tam masz? Fuj, wywal to paskudztwo! – rozkazała mi mama.
No cóż, co mogłem zrobić, wypuściłem ją i poszliśmy do domu. W sumie to strasznie dziwne, że zapamiętałem to wydarzenie, ale to pewnie bez znaczenia, ważne, że była to dla nas fajna przygoda.

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.

  • Kuba, dobra robota,pewnie ocaliliscie jej życie :-)