Bo budowa domu czasem jest jak praca na planie „Gwiezdnych Wojen”.

budowa domu

W ciągu swojego życia miałem okazję mieszkać w trzech miejscach. Małym domu w pobliżu jeziora, mieszkaniu w PRL-owskim bloku z wielkiej płyty, a obecnie w sporym domu na przedmieściach. Jednak to z tym ostatnim wiąże się moja dzisiejsza opowieść, pełna trudu, determinacji, ale też i nadziei…

 

Historia mojej rezydencji zaczyna się pewnego mroźnego zimowego poranka 1995 roku, gdy zadzwonił telefon stacjonarny. Odebrał wtedy mój tata, Jerzy, a dzwoniącym był przyjaciel rodziny, Zygmunt. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Juras? Słuchaj, sprawa jest i mam do ciebie pewną ofertę
– Jaką?
– Znalazłem ciekawe ogłoszenie w gazecie, chodzi o dwie działki budowlane zaraz za miastem. Bardzo atrakcyjna cena, to jest niedaleko i może przejedziemy się zobaczyć, co?
– No możemy zobaczyć, poczekaj, ja się tylko ubiorę i podjedź po mnie.
– Już jadę.

Jak uzgodnili, tak też zrobili i pojechali na miejsce. Pod miastem, mój tata ze znajomym zjechali na dziurawą, polną drogę i tak powoli się toczyli. Po chwili zauważyli jakiegoś faceta, który szedł drogą, ale tak jakby walczył z silnym wiatrem, mimo, że wtedy nie wiało. Podjechali, opuszczają szybę i pytają gospodarza, gdzie tu są działki do kupienia. Zamienili z nim parę słów i nagle zdali sobie sprawę, że koleś jest dziwnie znajomy.

– Pan jest Ryszard?
– Taak – powiedział gospodarz.
– To pan ma tą ziemię na sprzedaż?
– Jaa – ponownie przemówił pan Rysio, tubalnym głosem i z nieskrywaną dumą.
– Możemy zobaczyć?
– Taak, jedźcie za mną.

Jedną, dłuższą chwilę później, oczom mojego ojca ukazał się las krzyży jabłoni. Niby zimowa pora, ale patrząc na tę okolicę czuć było podniosłość chwili. Wrócili do gospodarza, pogadali i wstępnie umówili się do notariusza w celu dobicia targu. Minęło z tydzień lub dwa i w końcu przyszedł czas ubicia tego dealu.

Okazja stulecia

Mój tata i Zygmunt wchodzą do budynku, a następnie usiedli w korytarzu, pod drzwiami biura notariusza. A tego Rysia jak nie było, tak nie ma. W końcu idzie, ale w asyście jakiegoś swojego kumpla. Obaj ubrani w czarne, skórzane kurtki, jednak to ten dziwny, nowy jegomość wyróżniał się bardziej. Wygląd kloszarda, na spodniach jakaś plama w kroku i trochę jakiś taki nie wyraźny, normalnie denaturomanta jak się patrzy.

– Pan Ryszard Wędkarz? – rozległ się zimno-urzędniczy kobiecy głos.
– Zapraszam

No to wszyscy do biura i zaczyna się procedura. Papiery, wypełnianie, jak to w urzędzie. W końcu zostały podpisy, które oczywiście zostały złożone. Cena za działkę wyniosła koło 4 tysięcy, co nawet w tamtych czasach było bardzo opłacalną sumą, że aż grzechem było odmówić. Później jeszcze notariusz spytał w jaki sposób chciałby otrzymać zapłatę i czy chce przeliczyć. On na to, że gotówką i nie potrzebuje przeliczać. Zdziwiło to urzędasa.

– Jest pan pewien? Może lepiej sprawdzić i przenieść na konto?
Wędkarz wskazał na mojego tatę
– Ja do tego człowieka mam zaufanie – wziął kasę ze stołu i lekko ją gniotąc wsadził za pazuchę katany.
W ten sposób kupiona została ziemia pod budowę wymarzonego domostwa.

Budowa domu – czas start

Rok później powoli zaczynała się budowa. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział jak wiele przeszkód i trudu będzie nam dane pokonać by ukończyć to całe przedsięwzięcie. Docelowo projekt domu zakładał 180 m powierzchni, na dwóch kondygnacjach, choć z drobnymi modyfikacjami co niektórych pomieszczeń. Wszystko zaczęło się od wykarczowania wszystkich jabłoni, później koparką wykopano miejsce na fundamenty i potem szło już z górki. Dodatkowo kierownik budowy (swoją drogą też znajomym rodziców) namówił mojego tatę na piwnicę. W prawdzie nie było jej w planach, ale jak się później okazało, było to dobre posunięcie, jednak to historia na inny dzień.

Cała robota szła gładko jak łyżeczka przez kisiel. Po fundamentach przyszła pora na pierwsze piętro i pół piętro. Po ich postawieniu niestety pojawił się pierwszy problem z pieniędzmi. Co tu dużo mówić, budżet się skończył szybko jak bateria w smartfonie. Zastopowało to budowę i trzeba było kombinować skąd wziąć więcej. Ten pierwszy kryzys spowodował wątpliwości u taty, co do sensu wznawiania projektu. Ale znajomy mu mówi weź ten kredyt i skończ budowę, tyle już zrobione, nie ma co rezygnować w połowie. Wzięliśmy więc 50 tys. kredytu i w ’97 prace znów ruszyły.

Filozof i okna

Mury rosły z każdym dniem, zwykłe pustaki i szło niczym budowa z klocków. Nim się obejrzeliśmy, a już wykańczany był dach. W między czasie montowana była instalacja elektryczna i powoli przymierzano się do ogrzewania. Przy budowie nieoceniona była pomoc pewnego pana Józia i jego dźwigu. Zawsze gdy z moim starszym bratem widzieliśmy ten pojazd to śmialiśmy się, że jedzie wehikuł czasu. Była to czeska Tatra, sześciokołowe monstrum z dźwigiem i o brunatnym kolorze. Jego właściciel był nie mniej ciekawy, nosił kapelusze, w garażu miał terenowego UAZa, a z tym dźwigiem nawet irackie drogi budował w latach ’70 lub ’80. Filozofem go zwaliśmy albo Hrabią. Raz wymyślił ciekawy sposób transportu żwiru przez okno pokoju by zrobić wylewkę podłogi. Skonstruował specjalną metalową rampę do tego, taka była z niego złota rączka.

Do przełomu ’98 i ’99 roku budowa domu z grubsza chyliła się ku końcowi, tak jak i fundusze. Ostatnie pieniądze wydaliśmy na okna, ale na szczęście za wprawianie ich nie musieliśmy już płacić, gdyż zajął się tym szwagier mojej mamy – Tomek. Zajmował się tym wtedy zawodowo, więc zrobił to nam po kosztach. Okna pięknie zostały zamontowane i dom w stanie surowym był gotowy.

Dwóch dziadków

Cały budżet jednak świecił pustkami i trzeba było znów kombinować. Pewnego dnia mój dziadek ze strony ojca, Wojtek zaproponował tacie pomoc.

– Słuchaj Jurek, może wam pomogę skończyć ten dom?
– No, ale jak, sam? Dasz radę?
– A czemu nie? Zdzichu (drugi dziadek) mi pomoże, wszystko mu powiem co i jak i razem powoli wykończymy ten dom.

I jak obiecał, tak zrobił i dwaj dziadkowie wzięli się do pracy. Wojtek skupił się na aspektach technicznych, a Zdzisław za tymi wymagającymi siły fizycznej i tak stopniowo cegła po cegle czy przesiewaniu żwiru przez sito, wykańczany był dom. Z moją mamą często nosiliśmy nawet obiady w koszyku, naszym dzielnym budowniczym. Dzięki pracy dziadka Wojtka i pomocy w jej realizacji przez dziadka Zdzicha zaoszczędziliśmy masę pieniędzy na robociźnie. Bez tego pewnie byśmy nie dali rady, a tak wszystko gładko posuwało się na przód. Na początku 2001 roku niemal wszystkie niezbędne mieszkaniu prace były skończone i w maju udało się nawet zorganizować moją Komunię już na swoim.

Tak właśnie wyglądała budowa domu, który mimo swoich wad w postaci masy schodów, jest moim najważniejszym miejscem na ziemi. Oczywiście nikt wtedy nie był w stanie przewidzieć, że stanę się niepełnosprawny, ale te schody nigdy nie zmieniły mojego uwielbienia do tej rezydencji. Co swoje to swoje.

Myśląc o tej całej operacji budowlanej, do głowy przychodzi mi jej zaskakująca analogia do procesu powstawania pierwszych „Gwiezdnych Wojen”. Tak jak film Georga Lucasa, tak i mój dom powstawał w bólach. Zniechęcenie, piętrzące się problemy, malejący w zastraszającym tempie budżet ciągle stawiały pod znakiem zapytania całą budowę czy produkcję. Ale jednak wspólnymi siłami ukończone zostało jedno i drugie. Idealnie to pokazuje, że nie należy się poddawać nawet, gdy sytuacja wydaje się beznadziejna.

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.

  • Dokładnie tak, miom przeciwności losu nie warto się poddawać. Lepiej podnieść koronę i iść dalej. :)

  • Moi rodzice też budowali dom w podobnym okresie. W ’97 już były fundamenty i połowa parteru, kiedy we Wrocławiu przyszła powódź. Chociaż sama powódź była tragiczna w skutkach, to nam się o tyle poszczęściło, bo okazało się, że kanał-smródka, który mamy za ogrodem, jednak czasem transportuje wodę i zalało nam ten nieszczęsny parter. W taki sposób rodzice podjęli decyzję o podniesieniu domu o jedną kondygnację, pierwotny parter stał się piwnicą, której wcześniej nie było w planach, a teren wokół domu podnieśli, żeby, w razie kolejnej powodzi, zalało nam tylko część ogrodu, nie dom.

    • Ostatnio nawet była rocznica tej nieszczęsnej powodzi, więc mogę się tylko domyślać jakiego stracha to wam napędziło. U mnie w domu często piwnicę woda zalewa, znam ten ból. Z żywiołem nie wygramy niestety.

  • Mój tata za komuny jako pierwszą rzecz do planowanego domu otrzymał w przydziale… grzejniki. Do dziś nie wiem jak nimi fundament wylali ;)