Best of Okiem ON, czyli najlepsze wpisy 2017 roku.

najlepsze wpisy

Stary rok już definitywnie zakończony, ale została jeszcze jedna przysłowiowa kropka nad i. Czyli drobna składanka najlepszych wpisów ze wszystkich 12 miesięcy blogowania, a wśród nich teksty szczególnie dla mnie ważne lub które wyjątkowo przyjemnie mi się pisało…

 

2017 rok zamknąłem z ogólnym bilansem 88 wpisów na blogu, z czego 67 stanowią teksty z minionego roku. Ambitnego planu zamknięcia tych 12 miesięcy okrągłą setką tekstów w prawdzie nie osiągnąłem, ale mimo wszystko czuję się cholernie usatysfakcjonowany tym dokonaniem. W końcu to dzieło moich rąk (albo raczej ręki) i umysłu, w ilościach których bym się zupełnie po sobie nie spodziewał. Czego to tam nie było, wpisy długie, wpisy zabawne i takie niekoniecznie. Od drobnych opowieści z życia wziętych, po teksty o broni atomowej. Tematyczny roztrzał ogromny, ale znając mój zwichrowany umysł, to pewnie się to mocno nie zmieni. Usiądźcie sobie teraz wygodnie i przyjrzyjmy się wspólnie najciekawszym lub z różnych innych względów ważnych dla mojego bloga.

Styczeń – Jak złamać nogę, nie chodząc?

Listę przebojów minionego roku zacznijmy od pewnej szpitalnej historii z gatunku tych z optymistycznym akcentem. Tekst sięga 2010 roku, gdy nietypowym trafem złamałem nogę i kwestią czasu było podzielenie się tą opowieścią na blogu. Pretekst ku temu znalazł się wraz z nagłym wynalezieniu pseudo-poradnikowego tytułu. Taki już przewrotny ze mnie pisarzyna, heh! Ale faktycznie, jest to sztuka złamać szkitę i pomykając przy tym na wózku, toteż wpis wyszedł z tego, myślę, nie najgorszy ;)

„Zostałem przeniesiony na łóżko transportowe i jedziemy na salę operacyjną. Piździło tam jak w kieleckim, albo może mi się tak zdawało. Zaczęło się od znieczulenia, trzy osoby mnie wyprostowały, do pozycji siedzącej (sam nie trzymam równowagi), a anestezjolog…”

Luty – Czas, najcenniejszy z surowców

Luty minął mi pod znakiem tekstów o tematyce około-growej, ale zdecydowałem się na coś z innej beczki i ze szczyptą filozofii, bo zająłem się konceptem czasu oraz przemijania. Być może tylko prześlizgnąłem się po powierzchni tego szerokiego pojęcia, jednak parę ciekawych wniosków udało mi się tam wysnuć.

„My, ludzie mamy wyjątkowy talent do marnowania czasu, nasze małostkowe konflikty i podziały powodują, że zaczynamy zapominać co jest w życiu najważniejsze. A zegar ciągle tyka”.

Marzec – Blogerze, bądź jak miodożer

Trzeci miesiąc roku był dla mnie słodko-gorzki. Gorzki, bo stuknęło mi wtedy ćwierć wieku na karku, przez co poczułem się staro, a słodki to z kolei dlatego, że trafił mi się dzień weny totalnej i wykluł się z niego ten sympatyczny poradnik. Jeśli miałbym wybierać tekst roku, to ten by na bank trafił do pierwszej piątki. Nie jest on może długi, skomplikowany czy super odkrywczy, ale pisało mi się go niebotycznie przyjemnie i z miejsca stał się moim osobistym ulubieńcem. Skąd na niego pomysł? Z pewnością przez fascynację tym niepozornym, acz nieustraszonym stworzeniem, z którym bardzo się utożsamiam. W końcu jest uparciuchem, takim jak ja.

„Przyparty do muru zaatakuje każdą, dowolnej wielkości istotę. Stado lwów? Żaden problem. Zabłąkana hiena? Jeszcze pożałuje tego spotkania. Ratel jest w stanie przetrwać starcie dzięki swojemu twardej i elastycznej skórze na grzbiecie. Tak wytrzymałej, że nawet cios maczetą krakowskiego kibola nie zrobi na niej wrażenia”.

Kwiecień – Ach, ta dzisiejsza młodzież

Przenosiny bloga z Bloggera na WordPressa w kwietniu siłą rzeczy musiało wpłynąć na częstotliwość pisania. Coś tam jednak skrobnąć mi się udało. Narzekanie na młodzież było modne już od prehistorii, więc i ja swoje trzy grosze do tematu dołożyć musiałem. Koła oczywiście tym wpisem nie wynalazłem, choć pisało się przyjemnie.

„Zrzędzenie na nastolatków jest często sprzężone z rozwojem techniki. Przy każdym osiągniętym technologicznym kamieniu milowym pojawiały się identyczne śpiewki. Gdy rozpowszechniało się czytelnictwo książek, gadano, że każdy będzie żył tylko nimi. Jak powstał telefon, wszyscy wietrzyli zanik więzi społecznych. Tak samo z radiem i telewizją”.

Maj – Twarda jak kobieta

W maju napisałem mój ulubiony, pod względem merytorycznym, wpis tamtego roku. Stworzyłem go w najbardziej adekwatnym do tytułu dniu, czyli Dniu Matki i jest moim swoistym hołdem dla wszystkich silnych kobiet. Bo niejedna z nich znosi tak paskudne sytuacje, przy których wymiękło by większość samców alfa. Nie wierzycie? To zapraszam do lektury ;)

„Ale i tak będzie się nim zajmować praktycznie sama. Zostając w domu z dzieckiem, ma zadatki zostać kurą domową, niepłatnym domowym służącym, który musi sprzątać, karmić, prasować, prać, ale jak to? Obruszy się Janusz, przecież to ja pracuję i utrzymuję rodzinę! Przecież Grażynka siedzi sobie w domu, czym jest niby zmęczona?”

Czerwiec – Zero-jedynkowa symfonia, czyli najlepsza muzyka w grach

Moja miłość do gier wideo przejawia się w niemal każdym ich aspekcie, m.in. również do ich nierzadko wspaniałych soundtracków. Wiecie, to tak samo jak ścieżka dźwiękowa w filmach, bez której nie jedna kinowa superprodukcja wydawałaby się pozbawiona tego pierwiastka geniuszu. To jak „Gwiezdne Wojny” bez Johna Williamsa, niby się da, ale czy odniosły by taki sukces? Podobnie jest w świecie gier, cała masa tytułów byłaby tylko zlepkiem pikseli, gdyby nie ich legendarne soundtracki i tym wpisem chciałem złożyć im hołd. Roboty było przy nim, co nie miara, ale pisałem go z nie lada przyjemnością.

„Za każdym razem prawie natychmiast wracają do mnie wspomnienia przygód jakich przeżyłem w serii. Pierwsze co uderzyło mnie po odpaleniu sławetnej Jedynki to melodia w menu głównym. Był to oczywiście „Vigil” , nie ma słów by opisać co czuję gdy puszczam sobie te iście niebiańskie nuty”.

Lipiec – Bo budowa domu czasem jest jak praca na planie „Gwiezdnych Wojen”

Wakacje przyniosły na bloga sporo moich opowieści z przeszłości, jedną z nich była historia budowy mojego domu. Skąd wziął się taki tytuł? Jego inspiracją była oczywiście słynna, pełna najróżniejszych problemów i zawirowań produkcja „Nowej Nadziei” z 77 roku. Podobnie jak na planie „Gwiezdnych Wojen” wyglądała też nasza budowa. Nawarstwianie się problemów, wszystko tworzone na wariackich papierach, ale dzięki determinacji, wytrwałości i odrobinie szczęścia w końcu się udało, dzięki czemu dom stoi, a George Lucas został miliarderem ;)

„Jedną, dłuższą chwilę później, oczom mojego ojca ukazał się las krzyży jabłoni. Niby zimowa pora, ale patrząc na tę okolicę czuć było podniosłość chwili. Wrócili do gospodarza, pogadali i wstępnie umówili się do notariusza w celu dobicia targu. Minęło z tydzień lub dwa i w końcu przyszedł czas ubicia tego dealu”.

Sierpień – Bo życie to czasem nieustanny „Dzień Świra”

Tekst o jednym z moich ulubionych polskich filmów kiedyś się pojawić musiał i wypadło na sierpień. „Dzień Świra” mimo ponad 15 lat na karku, wciąż bawi nieziemsko i nadal jestem zaskoczony jak aktualnie ukazuje on polską rzeczywistość. Ten wpis był swoistym listem miłosnym skierowanym do tej ponadczasowej produkcji. Nie potrafię opisać ile radochy sprawiła mi analiza ulubionych scen z filmu, co było, mam nadzieję, widać w tekście.

„Aż do pojawienia się sceny z wizualizacją (choć lepszą od Jakóbiaka) sejmowych obrad, która to idealnie odzwierciedla i dzisiejsze polityczne konflikty. No jakbym widział dokładnie co drugą „debatę” naszych panów osłów. A skutkiem awantur może być tylko jedno, co trafnie symbolizuje scena z flagą”.

Wrzesień – Do szkoły by się szło

We wrześniu wiadomo, rok szkolny się zaczyna, jesień coraz bliżej, to i zbierało mi się na sentymenty. Zaowocowało to oczywiście wspomnieniami ze szkolnej ławki, bo nie mogło być przecież inaczej. Za wstawaniem o siódmej do szkoły być może nie tęsknie, ale nigdy nie żałowałem ani sekundy tam spędzonej. Nie jedna fajna historia mi się tam przydarzyła, o czym sporo w tym lekko przydługim tekście.

„Każdą kartkówkę i sprawdzian zaczynał od podzielenia klasy na dwie grupy, a później używał swych legendarnych słów:

– Wyciągnijcie karteczki, imię, nazwisko, numer z dziennika, numer z dziennika w kółeczko, za ściąganie, podpowiadanie i strojenie głupich min ocena niżej…”

Październik – Rasizm wiecznie żywy?

Na zimny piździernik przypadła mi pierwsza rocznica momentu, w którym postanowiłem założyć tego bloga, więc pojawił się wtedy stosowny, rocznicowy wpis. Jednak udało mi się też napisać dużo ważniejszy tekst, którego tematyka jeszcze długo będzie trawić mój umysł. Niczego nienawidzę bardziej niż rasizmu i wiedziony słusznym gniewem stworzyłem ten arcyważny dla mnie wpis. Była to taka mała próba emocjonalnego pisania, co wyszło mi całkiem dobrze.

„Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, iż dla mojego młodego umysłu widok osób o innym kolorze skóry, niż biały nie wywoływał żadnych specjalnych emocji. Było mi to zupełnie obojętne, traktowałem to nie inaczej niż kolor włosów czy oczu. I wyobraźcie sobie, jak musiałem być zszokowany, kiedy odkryłem istnienie czegoś takiego, jak rasizm i rasiści”.

Listopad – Patriotyzm? No średnio, bym powiedział

Dwa ostatnie miesiące 2017 roku były dla mnie dość paskudnym okresem w karierze. Problemy ze zdrowiem i podły nastrój pochłonęły mnie niemal całkowicie, co odcisnęło swoje piętno na ilości wpisów. Zanim jednak mnie to dopadło, to na 11 listopada zdążyłem przygotować solidny i treściwy tekst. Nie był on do końca nowy, bo powstał w 2016 roku, ale po podrasowaniu pasował na tamtą chwilę jak ulał.

„Dobro i los najbliższej rodziny zawsze jest i będzie dla mnie ważniejszy, niż jakikolwiek kawałek ziemi. Nie rozumiem postawy ludzi, którzy twierdzą, że największe oddanie ojczyźnie, to śmierć za nią. Wręcz przeciwnie, żyć za ojczyznę – to jest sztuka”.

Grudzień – Chodzenie jest przereklamowane

12 miesiąc starego roku pożegnałem lekkim, humorystycznym wpisem o tym jak bardzo chodzenie jest przeceniane przez pełnosprawne osoby. Taka moja próbka podejścia z dystansem do rzeczywistości, bo ja zawsze wychodzę z założenia, że „powaga zabija powoli”. Niestety, pisanie tego sympatycznego tekstu szło jak krew z nosa i okupione było bólem egzystencjalnym. Oj, wzięcie się do roboty po długiej przerwie i z brakiem weny nigdy nie jest przyjemne, ale satysfakcja jest :)

„Jak pewnie się domyślacie, spacerowanie nie jest obecnie moją mocną stroną i fanem tego rodzaju aktywności raczej nie zostanę, więc siłą rzeczy buty mi się wolniej zużywają”.

 

I tym sposobem prześledziliśmy cały rok mojej wytężonej lub delikatnie mówiąc, opornej pracy i nareszcie z czystym sumieniem mogę zamknąć rozdział pt. „2017”. Oby kolejny okazał się nawet lepszy, czego sobie i Wam życzę ;)