6 misji w grach, które doprowadziły mnie do szału.

Gry komputerowe zwykle kojarzą się z dobrą zabawą i niczym nieskrępowaną rozrywką. Jednak każdy, doświadczony gracz wie, że są pewne wyzwania lub misje, które potrafią do szewskiej pasji doprowadzić, nawet i tybetańskiego mnicha…

 

Strącanie Niszczyciela – Star Wars: The Force Unleashed

The Force Unleashed to bardzo przyjemna zręcznościówka i przez większość czasu bawiłem się przy niej świetnie. Klimat Gwiezdnych Wojen mnie trzymał, a rzucanie szturmowców o ściany Mocą nigdy nie były bardziej satysfakcjonujące.

Trwa to do czasu tej jednej przeklętej misji. W założeniu epicki moment strącania gwiezdnego niszczyciela siłą woli szybko zamienia się w istny koszmar. Nie dość, że quick time eventy piekielnie trudne do wykonania, to jeszcze ciągłe ataki myśliwców TIE jeszcze je utrudniały. Na dodatek grałem na klawiaturze peceta. Nie wiem ile razy to musiałem powtarzać, ale jakimś cudem dałem radę, choć jeden rage quit się zdarzył. To zadanie musiał projektować jakiś chory sadysta, no na bank.

Demolition Man – GTA: Vice City

Kolejny punkt na mojej liście to niesławna misja ze zdalnie sterowanym helikopterkiem w GTA: VC. Niby proste zadanie – rozbiórka budynku. Podłożyć bombę we wnętrzu, wyjść z budynku i podziwiać fajerwerki, ale nie, to by było za proste, zróbmy to zdalnie sterowanym helikopterem, co może pójść źle?

Od czego tu zacząć? Limit czasowy, uzbrojona ochrona, precyzyjne zbieranie, zrzucanie bomb i powtórzyć to cztery razy. No twórcy serii GTA w starszych odsłonach cyklu nie oszczędzali graczy, co część, nowy szczyt sadyzmu. Do tego sterowanie na klawiaturze tym małym pierdolcem było chyba projektowane dla masochistów i jeszcze to manewrowanie po ciasnych korytarzach. Do dziś mi się to śni po nocach. To zadanie było istnym testem na cierpliwość i wymagało dużej ilości podejść. Miałem ochotę wyrzucić klawiaturę oknem, ale raz mi się udało. Nie polecam tego allegrowicza.

Get Priboi – Project IGI

Project IGI to stareńki FPS z 2000 roku i jest dla mnie legendarną grą dzieciństwa. Dla mnie i mojego starszego brata była tym, czym dla współczesnych graczy jest seria Dark Souls. IGI miał bardzo wyśrubowany poziom trudności i nie wybaczał błędów. Brak możliwości zapisu, szybko kończące się zdrowie wymagało dużej ostrożności i taktycznego pomyślunku w starciach, a przegrana zawsze oznaczała zaczynanie misji od nowa. Wielokrotne powtarzanie etapów było w tym tytule nagminne.

Szczególnie w pamięć zapadła mi misja 6, nigdy nie dałem rady jej ukończyć, jak i reszty gry. Praktycznie znam ją na pamięć, a zawsze ginąłem pod koniec misji. Ci cholerni, losowo odradzający się wrogowie, niech ich szlag. Procedurę przechodzenia ciągle mam przed oczami. Najpierw zabić przez płot strażników, później zniszczyć kamerę, wziąć wyrzutnię rakiet, kolejną kamerę zniszczyć. Iść zniszczyć czołg, później do magazynu, otworzyć zamek, zastrzelić gościa i wziąć mu Spas 12, następnie oczyścić strzelnicę i tak dalej… Ach, wspomnień czar i to kultowe Hey You! przy akompaniamencie tratata z kałasza ;)

High Wire – GTA: Vice City Stories

Znów seria GTA i kolejna iście demoniczna misja, tym razem w grze na konsolę Sony PSP. Pamiętacie zdalnie sterowany heli w Vice City? Przy tym zadaniu, tamto było wręcz dziecinną igraszką. Nigdy nie byłem typowym graczem konsolowym, więc granie na padzie nie jest moją najlepszą stroną, a PSP nie było najwygodniejsze w obsłudze. Jakoś dawałem sobie radę, aż nie doszedłem do tej jednej szalonej misji.

Zadanie polegało na zbieraniu śmigłowcem z pomocą magnesu kontenerów rozsianych po mieście. Niby nic trudnego, latanie i zbieranie. Dopiero pod koniec etapu, jak zwykle, zaczynają się schody. Ostatnim kontenerem okazuje się jadący samochód ścigany przez gang motocyklistów, który w czasie jazdy musieliśmy złapać na magnes helikoptera! Fikuśne sterowanie i jeszcze malejący pasek zdrowia sojusznika w aucie, czyniło misję wręcz niewykonalną. Jeszcze w życiu tak się nie wściekałem grając i rzuciłem to w diabły. Jest specjalne miejsce w piekle dla twórców takich zadań.

Espresso-2-Go! – GTA 3

No i na koniec znów GTA. Nie była to może najtrudniejsza misja w jaką grałem, ale ukończyć się ją dało tylko metodą prób i błędów. Największym problemem był brak mapy i konieczność jazdy na czuja, taka już cecha tej odsłony serii.

Naszym zadaniem było zniszczyć stoiska z narkotykami rozsianymi po mapie uważając przy tym na wrogie gangi i jeszcze przy 8 minutowym limicie czasowym. Rockstar uwielbia wywoływać presję czasu na graczu. I jeszcze ten przeklęty zwodzony most i włoscy gangsterzy ze strzelbami w Portland, ile to nerwów mi na psuło. Koniec końców wykonałem misję i do dzisiaj pamiętam tą satysfakcję jaką wtedy poczułem.

 

Stare gry miały jednak to coś, trudne zadania, ale dawały mimo wszystko radochę i trochę rozumiem skąd bierze się fenomen gier z serii Souls. A wam jakie misje sprawiły ból i cierpienie przy przechodzeniu? Piszcie w komentarzach ;)

***

Podobał się tekst? Udostępnij go! Zajmie to moment, a pomoże mi w rozwoju. Pod postem są ikonki, Dzięki ;)

Chcesz dodać mi motywacji do dalszej roboty? Zostaw komentarz.

Polub również fanpage bloga, by być na bieżąco z najnowszymi wpisami.

Jeśli lubisz gry wideo, to zapraszam też na mój profil na Instagramie.